First time

Pierwszy wdech. Najbardziej lekki, trochę nieśmiały, pełen obaw i zaciekawienia. Czułam, jak dym szybko płynie przez moje usta, następnie przemyka się poprzez krtań, wędruje trochę wolniejszym tempem w stronę obolałej tchawicy i gwałtownie niczym piorun uderza w mój tętniący krwiobieg. Moje tętno szybko przyśpieszyło. Serce, najpierw chodzące wolno i spokojnie, teraz uderzało tak, jak gdyby miało zaraz wyskoczyć z mojej piersi. Kolejny wdech. Coraz intensywniej odczuwałam smak, przeobrażenia, które zachodziły w moim wnętrzu. Mój organizm zareagował, jak na wirus, na coś, na co nie był przygotowany, na coś, do czego nie był przystosowany. Zawsze musi być ten pierwszy raz. Kolejne wdechy były całkiem inne. Mniej intensywne, lecz pełniejsze w formę. Poczułam coś niesamowitego. Przerost formy nad treścią. Chwilowa namiętna wolność, do której zawsze dążyłam, lecz o której bałam się wspomnieć nawet w najbardziej intymnych snach. Kolejne wdechy, były jak kolejny etap. Były jak punkt kulminacyjny, jak zjazd na kolejce górskiej i jak szczyt najwyższej góry. Były zenitem odczuć. Znalazłam się na skraju życia i śmierci, balansowałam pomiędzy bytem realnym i wyimaginowanym światem. Ten stan zdawał się nie mieć początku ani końca. Wiedziałam, że nie chcę powracać do świata żywych. Kiedy doszłam już do ostatnich wdechów, poczułam, że moje ręce są nad wyraz ciężkie. Pragnęłam podnieść dłoń, aby poprawić kosmyk włosów, jednak nie potrafiłam zrobić tej prostej czynności. Moja dłoń odmawiała posłuszeństwa, jak gdyby wiadomość o zamierzonej przeze mnie czynności nie dotarła do okolic mózgu, które są odpowiedzialne za realizowanie moich zachcianek. Były tak bardzo ciężkie. Nie potrafiłam podnieść ich nawet o kilka centymetrów. Czułam, że opadają bezwładnie w stronę podłogi, że są obciążone nadludzką siłą.  W przeciwieństwie do kończyn górnych, moja głowa zdawała się być lekka jak piórko. Czułam, że unosi się w barwnym, gęstym płynie. Kołysze się, jak pranie zawieszone kolorowymi spinaczami na sznurze na dworze. Moje wszystkie zmysły wyostrzyły się do tego stopnia, że miałam wrażenie, że czuję zapach trawy za oknem. Niemalże czułam świeżość rosy, spoczywającej na kwiatach i krzewach. Wszystko było takie piękne, intensywne, nowe. Uświadomiłam sobie, że wiele traciłam. Świat, którego dotąd nie znałam, okazał się lepszy niż rzeczywistość. Stał się dla mnie moim nowym, realnym światem. Minęło trochę czasu. Ile? Sama do końca nie wiem. Straciłam dawno tę rachubę. Poczułam się trochę inaczej. Moje serce zwolniło a naczynia krwionośne rozluźniły się. Źrenice nabrały naturalnego kształtu. Dopaliłam ostatniego skręta z marihuany i po chwili znowu odpłynęłam w świat, który ponad wszystko chciałam poznać. Zawsze musi być ten pierwszy raz. Niestety, człowiek jest istotą, która dąży do poznania. Poznania świata, siebie, swoich granic. Kiedyś myślałam, że to doświadczenie było niczym upojny, lecz zarazem tragiczny, najbardziej nieokreślony i głęboki fantazmat. Teraz jedynym określeniem, które przychodzi mi do głowy jest: koszmar.

Tamtego feralnego wieczoru wszystko się zaczęło. Siedziałam w cichym zakątku w barze, na stole stało kilka pustych szklanek po Tequili, zdjęcia oraz pełna od petów popielniczka. W jej głębi tlił się jeszcze dym z ostatniego wypalonego papierosa. Bardzo płakałam, alkohol nie ukoił mojej zranionej duszy. Znowu sięgnęłam po papierosa. W tym momencie usiadł obok mnie mężczyzna, poprosił o zapalniczkę. Miał długie, ciemne włosy. Nie potrafię nazwać emocji, które wyrażał. Wydawał się być jednocześnie przygnębiony i rozradowany. Pomimo uśmiechu na twarzy, jego oczy były przerażająco smutne. W pierwszej chwili pomyślałam, że wiele przeżył w swoim życiu. Był jednak dziwnie spokojny, miał melancholijne ruchy. Jego twarz wyrażała wiele różnych uczuć, idealnie obrazowała całą jego dotychczasową egzystencje. Miał podkrążone oczy, lecz same w sobie były tak głębokie, że zawstydziłam się patrząc w nie bez przerwy. Zapytał, co taka piękna kobieta robi sama, o tej porze, w dusznym barze. Odpalił papierosa. Zaczęliśmy rozmawiać. To była zwykła rozmowa o muzyce, sztuce, życiu, pracy. Brakowało mi tego. W domu wszystkie rozmowy były chore i sprowadzały się do agresywnych kłótni, płaczu i trzaskania drzwiami. Chciałam od tego odpocząć, pragnęłam zapomnieć. Choć na chwilę poczuć się jak kiedyś – szczęśliwa. Jared zaproponował, że pomoże mi zapomnieć, obiecał, że zabierze mnie w miejsce, w którym odżyję. Umówiliśmy się następnego wieczoru w tym samym miejscu i o tej samej porze. Każdego dnia żałuję, że spakowałam tamtej nocy walizki i spotkałam z nim w przeklętym barze na rogu Westhall i Cherstreet. Nie chciałam odejść, tylko jedynie odizolować się od wszystkiego, od wszystkich. To było mi potrzebne. Jared zabrał mnie do swojego mieszkania. Było małe i ubogie, jednak bardzo ciepłe i urządzone w lekko rockowym stylu. Poprosił, abym się rozgościła i czuła się jak w domu. Przyniósł mi herbatę. Była z cytryną, smakowała trochę dziwnie. Odprężyłam się. Usiedliśmy przy kominku, on palił.

-Przyłączysz się do mnie? –zapytał przeszywając mnie lubieżnym spojrzeniem. -Obiecuję, że poczujesz się lepiej.

Skuszona jego żarliwym wzrokiem, nie miałam odwagi, aby mu odmówić. Uwierzyłam w jego słowa. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że w cienkie ruloniki po papierosach zawinięta była marihuana.

            Następnego dnia czułam się zmęczona. Chciałam wrócić do wczorajszego nastroju. Jared powiedział, że możemy czuć się jeszcze przyjemniej. Powiedział też, że potrzebuje to tego pieniędzy. Bez zastanowienia pobiegłam w stronę bankomatu. Wybrałam całą zawartość mojej karty, na której nie było wiele. Wystarczyło. Wtedy nie zastanawiałam się nad tym, co robię, nie miałam pojęcia, że…  Jared zdołał w szybkim tempie kupić od przyjaciela trochę „cukierków”. Tak je nazywał. Małe tabletki, który stały się moim bóstwem. Spędziliśmy trzy dni w upajającym stanie lekkości. Czułam się całkiem inaczej, niż pod wpływem marihuany. Mój umysł wariował. Nawet nie byłam świadoma tego, jaką siłę ma ludzka wyobraźnia. Nie wiedziałam, że człowiek może być w tak nieokiełznany sposób kreatorem swoich myśli i wyobrażeń. To było wspaniałe. Niczym możliwość stworzenia idealnego, własnego świata. Czułam się jak nieograniczony architekt, mający wszechmocną moc. Mogłam budować całą, nową rzeczywistość, od początku, od podstaw. Czułam się jak Bóg, jak Absolut. Wtedy wiedziałam, że mogę wszystko. Możliwość urzeczywistnienia skrywanych marzeń i westchnień była dla mnie jak sen. Wystarczyło, że pomyślałam bardzo intensywnie o czymś, czego pragnęłam, a to spełniało się. Każdy obraz, który chciałam w danej chwili zobaczyć, na moją prośbę, widniał tuż nad moją głową. Każdy ulubiony zapach, na który miałam wtedy ochotę, był dostępny dla mojego nosa. Każdy smak, którego chciałam skosztować, zdawał się być na wyciągnięcie ręki. Uwodził moje kubki smakowe w tak erotyczny sposób, że ten romans zdawał się nie mieć końca. Każdy dźwięk, który zapragnęłam usłyszeć, po chwili przenikał przez kolejne okolice moich uszu, drążąc je coraz głębiej i głębiej. Niemalże czułam, jak wszystko wokół mnie żyje i jest tylko moje, tylko dla minie. Jest nieśmiertelne.

 Nie wychodziliśmy z domu. Nie jedliśmy. Nie spaliśmy. Te wszystkie czynności nie były nam potrzebne. Kiedy mieliśmy cukierki, mieliśmy wszystko. Szczęście. Tylko tego potrzebowaliśmy, tylko to tego dążyliśmy. Czwartego dnia skończyły się. Czułam się okropnie, wszystkie mięśnie i stawy były obolałe i piekące. Jednak to było nic w porównaniu z zaślepiającym bólem głowy. Ta migrena była nie do zniesienia. Nigdy nie czułam tak przeszywającego bólu. Każdy, nawet najcichszy szelest był męką. Wszystko było irytujące i niepotrzebne. Pytałam Jareda, co się dzieje. Powiedział, że to normalne i że wieczorem wszystko będzie dobrze, musi tylko załatwić nowe cukierki. Krzyczałam na niego! Wrzeszczałam, żeby zrobił to szybciej. Powiedział, że nie ma pieniędzy. Bez zastanowienia oddałam mu wszystkie swoje oszczędności. Wieczorem mogliśmy upajać się stanem eterycznej lekkości, cieszyć się chwilą.

Z każdym dniem było coraz gorzej. Czułam się jak w więzieniu, zamknięta w niewidzialnej klatce, mój umysł był ograniczony, odcięty od obolałego ciała. Już nawet nie wiedziałam, kim jestem, nie czułam żadnych emocji ani bólu. Wszystko, co mnie otaczało, było dla mnie obojętne. Nie odczuwałam już żadnych emocji. Żadnych. Nie potrafiłam odnaleźć prawdziwej, dawnej siebie. Czułam, jak obcy organizm zadomowił się w moim wychudzonym ciele. Kierował nim, nie bacząc na to, czego pragnę, nie zwracając uwagi na moje potrzeby. Czułam się jak w obcym ciele. Diametralnie się zmieniłam. Nie tylko mentalnie, lecz również fizycznie byłam całkiem odmieniona. Ta metamorfoza nie była korzystna. Miałam podkrążone oczy, wyglądające jak zatopione w sinym cieście dwa ziarnka maku. Bardzo wyszczuplałam, o czym świadczyły kości wystające spod mojej zniszczonej skóry. Patrząc w lustro nie widziałam siebie, lecz starszą kobietę, która wiele w życiu przeszła i której los nie oszczędzał.

Wszystko nagle urwało się bezpowrotnie.  Moje wszystkie pragnienia skupione były w jednym, małym jednakże najważniejszym punkcie. Cukierki. To już nie była kwestia pogoni za stanem ważkości, lecz próba przetrwania. Świat, stał się bez nich nie do zniesienia. Dostęp do nich był nie lada wyzwaniem, ponieważ nie mieliśmy już pieniędzy, Jared już dawno stracił wszystkie swoje oszczędności. Pieniądze z naszych kart kredytowych rozpłynęły się w zaskakująco szybkim tempie. Zalegaliśmy z wpłatą za czynsz. Bałam się, że zostaniemy eksmitowani. Jared znalazł sposób na zdobycie kolejnej „paczki”. Robił jakieś czarne interesy z ludźmi zza granicy. Nie widziałam dokładnie, na czym polegały, mało na ten temat mówił. Szczerze mówiąc, nie interesowało mnie to, ponieważ mieliśmy gotówkę i  znowu mogłam poczuć się nieziemsko. Wiem tylko, że przychodząc do domu, był bardzo zdenerwowany. Widziałam, że czegoś się boi. Chwilami, przerażał mnie fakt, że tak naprawdę nic o nim nie wiem, poza tym, że ma na imię Jared i wciągnął mnie w narkotykowi nałóg.

Tak upływały dni, tygodnie… Łączyliśmy koniec z końcem, choć chwilami było ciężko. Niedługo nastąpił moment, w którym pieniędzy już nie było. Nie było też ochoty do życia ani radości. Siedzieliśmy w salonie w milczeniu. Jared był zdenerwowany i zakłopotany, co potwierdzały jego gwałtowne, chaotyczne ruchy. Milczenie było nie do zniesienia. Nerwowo obgryzałam paznokcie, szukając jakiegoś rozwiązania, ratunku. Krzyczałam, płakałam, szarpałam go. Nie wiem, co we mnie wstąpiło, byłam agresywna. Wzięłam płaszcz i wybiegłam z mieszkania, trzaskając drzwiami z taką siłą, że stara futryna rozkołysała się. Na ulicach było ciemno, jedynym źródłem światła były przygaszone latarnie. To był ten moment. Byłam na krawędzi.

-Potrzebujesz czegoś? – usłyszałam cichy szept mężczyzny. Chyba wiedział, czego chcę. Powiedziałam, że o niczym innym nie marzę, lecz nie mam ani grosza.

–Zrobię wszystko!- krzyknęłam. Błagałam nieznajomego. Uśmiechnął się łobuzersko, odparł, że niczego nie chce w zamian. Nie myślałam wtedy trzeźwo, rozsądek został zdominowany przez chęć zaspokojenia głodu. Był kierowcą taksówki, zaproponował mi przejażdżkę. Bez zastanowienia usiadłam na tylnym siedzeniu żółtego wozu i odjechaliśmy, mijając ostatnie zapalone latarnie. Nigdy nie zapomnę tego widoku, który obserwowałam za tylną szybą. Ulica, którą widziałam, była uzewnętrznieniem moich wewnętrznych doznań: deszczowym, mglistym, niewyraźnym ślepym zaułkiem. W czasie jazdy wciągnęłam kilka kresek. Czułam się wspaniale, znowu balansowałam na granicy światów.  Nie wiedziałam, co się dzieje, potem poczułam się bardzo słabo. Chyba zemdlałam.

Dobrze pamiętam moment, kiedy pierwszy raz otworzyłam oczy. Byłam sama w lesie. Słyszałam jedynie śpiew ptaków i czułam zapach drewna. Przeraziłam się, kiedy spostrzegłam, że nie jestem w pełni ubrana. Po długiej chwili wstałam. Nie byłam pewna, co zaszło, nic nie pamiętałam. Podniosłam się na nogi, lecz zrozumiałam, że upadłam. Byłam na dnie. Długo chodziłam, zastanawiając się, gdzie jestem. Las. Nic więcej. Żadnej cywilizacji. Szłam bardzo długo, nie czując już stóp, nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Po kilku godzinach natrafiłam na ścieżkę, która doprowadziła mnie do jakiejś ulicy. Złapałam okazję. Chciałam wrócić do domu, jednak bałam się reakcji rodziny. Byłam pewna tego, że nie pozwolą mi wrócić, że nie będą chcieli mnie nawet widzieć.  Nie byłam już tą samą uroczą Katie. Piękną i grzeczną. Teraz byłam nikim. Zerem. Wróciłam do mieszkania Jareda. Chciałam przeprosić go za to, co się stało. Miałam nadzieję, że mi wybaczy. Ujrzałam otwarte drzwi. Zdziwiło mnie to. Ostrożnie weszłam do mieszkania. Panował w nim ogromny bałagan. Wszystkie rzeczy były zniszczone i porozrzucane po całym pokoju. Jareda nigdzie nie było. Bałam się. Pobiegłam do kuchni, połknęłam kilka cukierków popijając je wodą z kranu. Chciałam ukoić nerwy. Potem wzięłam kilka kolejnych. Leżałam w salonie, patrząc w sufit. Wszystko wirowało. Tęskniłam za domem, za Jaredem, za dawną sobą. Chciałam zasnąć,  wzięłam kolejną garść „słodyczy”. Położyłam się. Oddech był coraz wolniejszy… Wpatrywałam się w wiatrak, umieszczony na samym środku sufitu, który zwalniał coraz bardziej i bardziej. Wdychanie powietrza sprawiało mi ból. Z ostatnim oddechem lekko zamknęłam oczy.

-Tak mi dobrze – pomyślałam. – Zawsze musi być ten ostatni raz.

Reklamy

Miłość silniejsza od więzów krwi?

Dramat historyczny, jakim bez wątpienia jest adaptacja powieści Philippie Gregory, pod tytułem The Other Boleyn Girl (pl. Kochanice Króla), to wybitne artystyczne dzieło, które wyreżyserował Justin Chadwick. Film przenosi nas w odległe czasy, w interesujący sposób ukazuje nam czar piętnastowiecznej Anglii. W rolę Henryka VIII Tudora wcielił się Eric Bana, który swą rolę odegrał w bardzo kreatywny sposób. Swoją nieskazitelną aktorską grą, odtworzył emocje, które mogły towarzyszyć królowi Anglii w czasie jego miłośnych i namiętnych zawirowań- z których był niewątpliwie znany. Akcja jest zawikłana i skomplikowana. Okazuję się, ze żona Henryka, Katarzyna Aragońska (Ana Torrent) nie może dać mu upragnionego potomka, w tym czasie w fabule pojawiają się dwie bardzo ważne postaci- siostry Boleyn, Maria oraz Anna, które toczą zawziętą walkę o serce i uwagę króla. W rolę rywalizujących sióstr wcieliły się piękności współczesnego kina: Natalie Portman oraz Scarlett Johansson, które zauroczyły mnie swoją urodą oraz umiejętnością inteligentnej manipulacji uczuciami i emocjami odbiorców. Film do pogoń za marzeniami, dążenie do obranego celu oraz nadzieja na miłość. Prawdziwą, nieśmiertelną miłość. Reżyser idealnie ujął niepohamowaną i bezwzględną walkę sióstr, walkę o wybranka serca, jednocześnie nie zapominając jak mocną i trwałą wartością jest rodzina. Paradoksem jest fakt, iż siostry Boleyn, które są zakochane w jednym mężczyźnie jednocześnie, walcząc- nie mogą wyzbyć się miłości i troski względem siebie. Kochają się jednocześnie nienawidząc. Sytuacja w której się znalazły wydaję się być dramatyczną i bez wyjścia. Zmysłowe, miłosne sceny, które w filmie są bardzo kontrastowe, czasem namiętne i rozpalające a innym razem delikatne i eteryczne, wspaniale ukazują to, że losy zakochanych są zmienne i różne. Miłość nie zawsze jest prosta i łagodna, potrafi rozpętać w naszym życiu nieoczekiwaną burzę, która pozostawi po sobie szkody na długi, długi czas. Kochanice Króla to intrygujący dramat historyczny, ale przede wszystkim opowieść mówiąca o prawdziwym uczuciu i o walce. Walce do końca, walce o wszystko, walce, która nie zawsze jest fair. Ekranizacja ta może być również swoistym przewodnikiem po uwodzeniu. Jak mówi autorka adaptowanej powieści, P. Gregory: „- Musisz postępować tak, aby odnosił wrażenie, że to on jest panem sytuacji. Daj mu się ścigać, lecz sama nigdy go nie goń. W sytuacjach takich jak ta przed chwilą, kiedy możesz zrobić krok w jego stronę lub uciec, zawsze uciekaj…- (…) lecz nigdy nie tak, by nie mógł cię złapać.”


Nieśmiertelni?

Intrygujący dramat stworzony przez wybitnego dramaturga Williama Shakespeare’a, pt.: „Romeo i Julia”, to bez wątpienia jedno z najwspanialszych dzieł – na skalę globalną. Myślę, że to jedna z tych nielicznych lektur, która nie jest przykrym obowiązkiem, lecz przyjemnym, czytelniczym doświadczeniem. Każdy wrażliwy na literackie uniesienia człowiek powinien ulec tej chwili zapomnienia.
Czytając dopieszczone dialogi możemy delektować się delikatnością i precyzją poetyckiego języka oraz mistrzowskim użyciem licznych środków stylistycznych, wśród których dominują mistyczne metafory oaz złożone epitety. Akcja toczy się na przełomie XVI- XVII wieku, w Weronie, położonej w północno-wschodnich Włoszech. Miasto to, do dziś jest symbolem bezwarunkowej miłości. Głównymi bohaterami są młodzi kochankowie, Romeo i Julia, którzy mimo przeszkód walczą o swoją miłość. Ich rodziny, skłócone ze sobą od lat, nie wyrażają zgody na ten związek. Losy zakochanej pary toczą się w zawikłany sposób. Autor we wstrząsający sposób ukazał trudną sytuację w której się znaleźli. Uważam, że do dramat godny przeczytania. Zaskakujące rozwikłanie fabuły jest idealnym zwieńczeniem tego fascynującego miłosnego „opowiadania”. Po przeczytaniu, każdy zapragnie doświadczyć uczucia rodem z Werony. Namiętnego, porywczego, zdolnego do poświęceń. Będącego spełnieniem wszelkich romantycznych marzeń i skrywanych, intymnych westchnień.


W odpowiedzi na „Wieżę paryską”

Felieton pod tytułem „Wieża paryska”, którego jesteś autorem, skłonił mnie do napisania tego listu. Tuż po przeczytaniu tego dzieła, poczułam się odpowiedzialna za to, jak postrzegają nas, Polaków, inne narodowości. Jestem Polką. Jestem częścią naszej nieidealnej, lecz ukochanej ojczyzny. Twój tekst nakłonił mnie do refleksji. Jestem przerażona faktem, że pomimo upływu wielu lat nic nie zmieniło się na lepsze. Wady, które dostrzegłeś, są widoczne nadal. Rodacy, których ujrzałeś przez lornetę, nie potrafili zorganizować pracy tak, aby była wydajna i przynosiła zadowalające rezultaty. Długo zastanawiali się nad wyborem dyrektorów, co w efekcie doprowadziło do kłótni i bójki. Decyzja nie została podjęta, problem również nie został rozwiązany w cywilizowany sposób. Umiejętność zorganizowania i zaplanowania dużego przedsięwzięcia jest cechą niezbędną, kiedy chce się osiągnąć cel. Polacy nie poradzili sobie wtedy, czy staną na wysokości zadania teraz? Czy stawią czoła ogromnemu wyzwaniu? Tą próbą sił jest bez wątpienia budowa stadionów na Euro 2012. Europa zaufała właśnie nam. Jednak czy Polakom uda się nie zawieść? W mediach często słyszymy o kolejnych kłótniach pomiędzy osobami nadzorującymi budowę oraz pracownikami, spowodowanymi  brakiem porozumienia między tymi dwoma grupami. –Nie pracujemy, bo nie płacą- skarżą się robotnicy. -Nie płacimy, bo nie robią! – zgodnie wypowiadają się na ten temat prezesi.  To błędne koło trwa a budowa stadionów jest coraz bardziej opóźniona. Polakom trudno jest znaleźć konsensus, bez trudu jednak dopuszczają się haniebnych gierek.  Co do gierek, miejmy nadzieję, że piłkarze będą mieli możliwość zagrać. Euro już niebawem.  Jesteśmy odważnym narodem, który nie boi się walczyć o swoje. Jednak czy ten hart ducha usprawiedliwia lenistwo i sielankowe podejście do wykonywania obowiązków? Czy zasada „Cel uświęca środki” jest właściwą postawą towarzyszącą naszym działaniom? Niesprawiedliwym postępowaniem jest zatrzymywanie większości pieniędzy dla siebie lub przydzielanie ich nie według wkładu pracy, lecz według statutu społecznego czy stanowiska pracy. Dyrektorzy za nicnierobienie zarabiali 46 franków w robotnicy jedynie 2.40 fr. Myślę, że to wystarczająca demotywacja.  W dzisiejszych czasach jest podobnie. Politycy zarabiają krocie nie wykonując pracy, do której zostali wybrani. Nie pomagają obywatelom, dawno już zapomnieli o zasadzie solidarności i lojalności, nie mówiąc o dbaniu o wspólne dobro. Dobro naszego narodu. Zarabiają, nie robiąc z pozoru nic. To nieprawda. W istocie robią bardzo dużo. Codziennie wszczynają nowe kłótnie, co jakiś czas nagłaśniają nowe romanse a raz do roku przez przypadek ujawniają przekręty finansowe, których byli prowokatorami.  To ciężka praca, godna miana: polityk. Muszę wspomnieć o tym, że Polacy mają skłonność do nadużywania alkoholu i organizowania hucznych spotkań. Lecz czy to wada narodowa?  Uważam, ze każdy ma prawo do zrelaksowania się przy lampce wina. W 2006 roku, ówczesny prezydent, w czasie wizyty na Ukrainie pokazał nam, że nawet on ma prawo do chwili zapomnienia. Niestety, nie wyczuł „tej” chwili. Granice to coś, czego brakuje naszym rodakom. Jest czas na zabawę, jednak jest również czas przeznaczony na naukę, pracę. Obowiązkowość to również cecha, o której warto wspomnieć. Będąc w Bułgarii w czasie wakacji, kiedy odpoczywałam na plaży, zauważyłam grupkę pijanych nastolatków. Zachowywali się karygodnie, przewracali krzesła  w pobliskim barze, rozlewali alkohol, krzyczeli i głośno rozmawiali. Byłam zdenerwowana, ponieważ nie mogłam skupić się na czytaniu ulubionej książki. Postanowiłam, że upomnę grupę młodych ludzi. Uzbrojona w przygotowaną wcześniej mowę (w języku angielskim) podeszłam do miejsca, w którym przebywali. –Excuse me…- Zaniemówiłam i nie zdążyłam dokończyć pierwszego zdania. Usłyszałam, że jeden z młodzieńców użył znanego w naszej polszczyźnie kolokwializmu. Zawstydzona i czerwona jak mój malinowy shake, po wygłoszeniu przemowy w ojczystym języku, odeszłam ze spuszczoną głową i podeptaną godnością. Tekst Twojego autorstwa jest inspiracją i źródłem natchnienia dla wielu ludzi w różnym wieku. Twoje słowa przemawiają do wszystkich pokoleń, także do młodzieży. Jako Polka, dziękuję, za motywację do działania. Mobilizację do zmieniania rzeczywistości. Uważam, że obraz polskich cech narodowych, który przedstawiłeś w swoim felietonie jest smutny, lecz prawdziwy. Jako naród, posiadamy wiele wad, równie dużo zalet. Powinniśmy dążyć do pozbycia się tych negatywnych cech i zadbać o to, aby nasze pozytywne strony były naszą wizytówką. Mamy szeroki zakres możliwości, powinniśmy nauczyć się go wykorzystywać i czerpać z tej sposobności jak najwięcej. Razem możemy wiele zdziałać, musimy jedynie połączyć siły i za cel priorytetowy obrać dobro wspólne. Dobro nasze i naszego narodu. Miejmy nadzieje, że bierność w dążeniu do zmian zmieni się na czynny udział w budowaniu nowej, lepszej, wspólnej Polski. Narodu, którego mieszkańcy będą jego dumą, unikatową, nieprzeciętną wizytówką.


Recenzja „Jedenaście minut”

                       Bezprecedensowa powieść pod tytułem Jedenaście Minut, autorstwa wybitnego współczesnego pisarza Paolo Coelho to bez wątpienia jedna z najlepszych publikacji ostatnich lat. W swoim dziele autor porusza wiele nurtujących współczesnego, inteligentnego oraz żądnego wrażeń człowieka, kwestii. Historia młodej prostytutki Marii, którą w swej powieści opisał Paolo to z pozoru prosta i przereklamowana opowieść, jednak to jedynie stereotyp. Akcja jest niezwykle intrygująca i autor co chwilę w niebanalny sposób zaskakuje czytelnika czymś nowym, niespodziewanym zwrotem akcji. Postać głównej bohaterki ma złożoną osobowość, która trudno w jednoznaczny sposób ocenić, tym bardziej opisać i skomentować. Charakter postaci jest zmienny i zaskakujący. Każda jej myśl, wyznanie bądź decyzja jest analogicznym ciągiem spowodowanym bądź wywołanym głębokimi, mistycznymi przemyśleniami.  Skomplikowana sytuacja Marii, w która wplątała się poprzez samotny, niebezpieczny wyjazd za granicę, w pogoni na spełnieniem marzeń i odnalezieniem prawdziwej miłości, jest swoistą przestrogą dla wszystkich samotnych, pięknych kobiet pragnących zmienić swoje życie.  Motywem przewodnim powieści jest połączenie dwóch tajemniczych sfer: sacrum i profanum. Sacrum czyli sfery mistycznej mocy, uduchowienia i wewnętrznego spełnienia oraz profanum, czyli zmysłowości oraz dążeniu do zaznania rozkoszy cielesnych. W przypadku Marii rozkoszy również poprzez doprowadzenie się do stanu skrajnego bólu. Jak twierdzi autor: ”Człowiek poznaje siebie, dopiero gdy pozna własne granice.” Granice wrażeń, które w starciu z krawędzią moralnej i cielesnej wspólnoty dążą do poznania siebie, do zaznania prawdziwej, nieopisanej wolności. Coelho w mistrzowski sposób wcielił się w rolę młodej kobiety w brazylijskiej prowincji, bardzo szczerze i przekonująco oddał w książce jej emocje: niespełnienie oraz znużenie od nadmiaru ciągłych rozterek sercowych. Język jakim posłużył się Paolo Coelho jest bardzo prosty i chwilami potoczny, myślę, że ten stylistyczny zabieg ma na celu, aby przekaz trafił do szerokiego grona odbiorców, w różnym wieku. Problematyka powieści ukazuje wiele istotnych spraw, rozwiązuje wiele zagadek, jest przewodnikiem po tym jak żyć, a nie istnieć. Opowiada o wielu aspektach życia, kontrastuje pomiędzy duchowością a zmysłowością. To zestawienie sprawia, że akcja jest ciekawa i niezwykle nietypowa. Paolo wykazał się odwagą i pewnością siebie łącząc tak odmienną tematykę w spójną, klarowną całość. Moim zdaniem największym osiągnięciem autora jest sposób w jaki ukazał metamorfozę głównej bohaterki i fakt, iż nasza psychika jest skomplikowaną zagadką którą jednakże warto powoli odkrywać. Nadawać jej nowych barw, starać się zrozumieć jaką  oddziałującą moc mają czyny; nie tylko na nasz umysł, poglądy i świadomość, ale również na przyszłość. Żyjmy teraźniejszością i uważajmy, bo jak pisze Coelho: „Życie płynie bardzo prędko: przenosi nas z raju w otchłanie piekieł, w ciągu paru sekund.”


Wywiad z burmistrzem miasta Dąbrowa Tarnowska

Dlaczego zdecydował się Pan na edukację w I LO w Dąbrowie Tarnowskiej? 

Od dziecka interesowałam się geologią. Obok mojego rodzinnego domu, na pobliskiej polanie prowadzone były budowy, które były dla mnie inspiracją do działania. Na początku, po ukończeniu 8- klasowej podstawówki pragnąłem rozpocząć naukę w Technikum w Kielcach, jednak moje stanowisko szybko uległo zmianie, kiedy zdecydowałam się na naukę w Liceum Ogólnokształcącym w Dąbrowie Tarnowskiej. W podjęciu tej decyzji ostatecznie pomogli mi rodzice oraz rozmowa z Panią prof. Danutą Kawą, która przekonała mnie do wyboru liceum nie przekreślając moich marzeń o geologii.

Jakie jest Pana najlepsze wspomnienie z licealnych lat?

Najbardziej pamiętna chwila, jaka utkwiła mi w pamięci to ta, kiedy Pani prof. Stanisława Jastrząb (polonistka) odkryła, że nie przeczytałem lektury „Noce i Dnie”. Miałem nadzieje, że ujdzie mi to na sucho, zapoznałam się wcześniej z krótkim streszczeniem, w głębi serca licząc na odrobinę szczęścia. Do dziś pamiętam słowa, po których na mojej twarzy zagościł obfity rumieniec: „Staszek, chyba nie przeczytałeś lektury!” Jako dobry uczeń, od razu przyznałem się do winy, uzasadniając przewinienie brakiem dostępu do omawianej książki.  Pani profesor zaproponowała, że z chęcią mi ją pożyczy. Pani Jastrząb powiedziała, że nie opłaca się kłamać. Następnego dnia byłem solidnie przygotowany. Dokładnie przeczytałem książkę.

Czy jest jakiś nauczyciel/nauczycielka, którzy stali się dla Pana autorytetem? Czym zainspirowała Pana ta osoba?

Jest wiele osób, które miały na mnie ogromny wpływ i które w różny sposób mi imponowały. Do takich nauczycieli z pewnością należy prof. Stanisława Jastrząb, która uczyła mnie języka polskiego.  Potrafiła rozmawiać na każde tematy. W dyskusjach, które prowadziliśmy traktowała uczniów jak dorosłych ludzi. Teraz, na przestrzeni lat, wiem, że to była postawa godna zapamiętania i szacunku.  Kolejną inspirującą osobą była bez wątpienia prof. Władysława Gądek, wykładająca matematykę.  To kobieta, która posiadała ogromną wiedzę oraz niezwykły talent przekazywania jej w prosty, zrozumiały dla uczniów sposób. Interesowała się każdym uczniem, chętnie zostawała po lekcjach oraz organizowała zajęcia dodatkowe, koła naukowe. Nauczyła mnie logicznego podejścia do matematyki. Wśród grona tych wybitnych kobiet znalazł się również mężczyzna, prof. Stanisław Jastrząb, który odwiedzając naszą szkołę w weekendy zainteresował nas wojskowością. Profesor często zabierał nas na polanę, gdzie pokazywał nam piękno natury, oraz uczył jak obsługiwać się karabinami

Jak wiemy egzamin dojrzałości niesie ze sobą nie lada wyzwanie. Czy dla Pana matura była stresującym przeżyciem? Jak wspomina Pan przygotowania do egzaminów?

Niewiele pamiętam z egzaminu maturalnego. Prawdopodobnie, dlatego, że wcale się nie stresowałam, być może było odwrotnie. Skończyłem pisać zaskakującą szybko, byłem zadowolony, poszło mi dobrze.  Zauważyłem, że nieznana koleżanka z ławki obok nie radzi sobie z zadaniem z matematyki, postanowiłem, więc jej pomóc. Szybkim, zręcznym ruchem zamieniliśmy nasze karki. Kiedy po egzaminie przyszedł czas na wyniki okazało się, że oboje zdaliśmy. Dopiero wtedy przedstawiliśmy się sobie. Niestety kontakt urwał się tak szybko jak się zaczął. Dopiero po latach, siedząc z Barze Mlecznym ujrzałem ją. Była z rodzicami. Poznała mnie, przedstawiła rodzicom, opowiedziała im o zabawnej sytuacji z egzaminu. Jej ojciec był mną zachwycony! Bardzo serdecznie dziękował za pomoc dla córki, zaprosił mnie na drogi, syty obiad. Nie musiałem już jeść lichych pierogów.

Może opowie Pan o swojej szkolnej, niezapomnianej miłości/przyjaźni.

W szkole średniej poznałem wiele sympatycznych dziewczyn jednak żadna znajomość nie przerodziła się w poważny związek.  Ze szkolnymi przyjaciółmi widuję się na zjazdach maturalnych.

Jeśli mógłby Pan cofnąć czas, czy wybrałaby Pan inną szkołę?

Nie, Liceum Ogólnokształcące w Dąbrowie Tarnowskiej to wspaniały start na studia wyższe. Panuje tam wspaniała, profesjonalna atmosfera. Młodzież traktowano jak dorosłych ludzi, co bardzo sobie ceniłem. Nauczyciele do zajęć podchodzili z pasją i zamiłowaniem, lekcje zawsze były ciekawe i zachęcające do nauki.  Szczególnie w pamięć zapadły mi lekcje religii z księdzem Przybycieniem, z którym do dziś utrzymuję stały kontakt. To bardzo ciekawa osobowość, ksiądz nigdy nie unikał rozmów na trudne tematy, na wszystkie nasze pytania odpowiadał bardzo poważnie i wyczerpująco.  Wiele uczniów przystąpiło do SAIWM (Stowarzyszenia Ateistów i Wolnomyślicieli), katecheta w żaden sposób nie potępiał członków tego zgromadzenia. Poprzez rozmowy i tłumaczenia starał się w łagodny sposób ich nawracać. Śmiało mogę stwierdzić, że jest katechetą z powołania, co było widać na każdej lekcji, w każdej rozmowie i w jego podejściu do młodzieży. Nadal, po upływie tylu lat, na zjazdach maturalnych wygłasza ciekawe kazania i wiem, że w swoim telefonie ma numery do wielu, wielu uczniów.

Czy nasza szkoła dała Panu szanse na spełnienie marzeń? W jakim kierunku kształcił się Pan po jej ukończeniu? 

Tak! Marzenie o studiach. To było coś ekstra, jako chłopiec z prowincji miałem świadomość tego, że studiowanie nie jest w tym rejonie sprawą powszechną. Na wsi nikt praktycznie nie studiował, oczywiście zdarzały się wyjątku, które podziwiałem.  Studiowałam na Akademii Rolniczej (dzisiaj, Uniwersytet Rolniczy) w Krakowie. Aby idealnie przygotować się do roli studenta, w wakacje zapisałam się na kurs przygotowawczy, który trwał dwa tygodnie i był zakończony egzaminem. Byłem dobrze przygotowany, sprawdziany nie sprawiały mi w późniejszych latach żadnych trudności a nauka była przyjemnością.

Czy pamięta Pan najśmieszniejszą albo najbardziej niedorzeczną sytuację której Pan doświadczył, bądź był Pan jej świadkiem?

To zdarzyło się w ósmej klasie, kiedy na korytarzu szaleliśmy wygłupiając się – jak to młodzi, pełni energii ludzie. W pewnym momencie, w czasie przepychanek, popchnąłem mojego kolegę Stardaja na drzwi mieszkania Pana dyrektora Szymańskiego.  Oboje wylądowaliśmy na podłodze jego mieszkania. Przerwaliśmy wygłupy, gdy usłyszeliśmy głośne szczekanie psa oraz kroki, które podążały w naszą stronę. Zamarliśmy, kiedy dyrektor powiedział, że chyba pożegnamy się z tą szkołą. Czekała na rozmowa z wychowawcą oraz przyjście do szkoły z rodzicami. Byłem bardzo przestraszony, o niczym nie powiedziałem rodzicom. Pewnego dnia dyrektor prowadził lekcji za nauczyciela języka niemieckiego. Rozpoznał mnie i kolegę. Był bardzo zdenerwowany, że nasi rodzice jeszcze nie wstawili się na rozmowę z nim. Przepraszaliśmy i obiecywaliśmy, że taka sytuacja nigdy się nie powtórzy. Byłem pewny, że teraz naprawdę pożegnam się z moją szkołą. Uratowała nas pani Danuta Kawa, która porozmawiała z dyrektorem i przekonała go do tego, aby dał nam drugą szansę.

Jaki był Pana ulubiony przedmiot i dlaczego właśnie ten?

Uwielbiałem język polski oraz języki obce. W tych dziedzinach czułem się najlepiej. Matematyka mimo tego, że jest trudnym przedmiotem stała się dla mnie podmiotem zainteresowania, co bez wątpienia było zasługą nauczycielki prowadzącej zajęcia. Nie przepadałem za fizyką. Profesor Wiktor Tumidajewicz był bardzo oszczędny w ocenach. Skala, którą wykreował wyglądała następująco: ”Na ocenę 5- potrafi tylko Bóg, na 4- Profesor, na 3- wybitny uczeń.. ”

Czy zdradzi nam Pan, kto był Pana „ławkowym kompanem”?

Andrzej Korzec przez długi czas był moim „kumplem z ławki”. Muszę przyznać, że chętnie odpisywał. W ławce siedziałem również z Bronisławem Biesiem, z Laskówki Chorąskiej, z którym do dziś utrzymuję kontakt.

Czy zdarzyło się Panu dostać negatywną uwagę? Jeśli tak to, za jakie przewinienie?

Myślę, że poza nieprzeczytaniem lektury „Noce i Dnie” nie zdarzyło mi się nic przeskrobać. Byłem wzorowym uczniem.

Czy zdarzyło się Panu wagarować? 

W dziewiątek klasie raz poszedłem na wagary. Było to oczywiście w Dzień Wiosny. Pamiętam, że wraz ze znajomymi poszliśmy kładką obok Internatu, zmierzając w stronę Belerytu, ul. Zagumnie. Na wagary poszła cała klasa, wychowawca w żaden sposób nas nie ukarał. Był bardzo tolerancyjny, wiedział, ze to tylko jednorazowe zachowanie.

Jak teraz ocenia Pan współpracę z naszą szkołą?

W liceum często organizowane są różnego rodzaju imprezy. Uczestniczę w nich w miarę możliwości. Nie zawsze czas i obowiązki pozwalają mi na odwiedzanie szkoły tak często, jakbym tego chciał. Co 5 lat organizowane są zjazdy maturalne, w których bardzo chętnie biorę udział.  Staram się dbać o tego typu kontakty. Darzę szacunkiem szkołę za to że w czasie takich ważnych dat jak 3 maja, 11 listopada zawsze w czasie akademii na sali jest obecny sztandar. Bardzo cenię pracę Pani Aliny Boryczki, która brała intensywny udział w tworzeniu Młodzieżowej Rady Miejskiej. Myślę, że potrafi dostrzec w młodych ludziach potencjał i wykorzystać ich zapał do pracy. Młodzieżowa Rada Miejska to organizacja uczniów, którzy angażują się w losy naszego miasta. Zaskoczeniem było dla mnie, że młodzież potrafi dyskutować w tak dorosły odważny sposób. Dobrze czuję się biorąc udział w tego typu debatach. Zawsze bardzo chętnie rozmawiam z młodzieżą. Uważam, że należy organizować więcej takich spotkań. Wymienianie poglądów jest rzeczą istotną, każde pokolenie ma odmienne spojrzenie na świat. Uważam, że trzeba się tym dzielić, abyśmy wspólnie tworzyli jedno, zgrane miasto. Jestem otwarty na propozycję, chętnie pojawiłbym się na takich lekcjach. Trzeba wsłuchać się w głos młodych ludzi, aby w pełni ich zrozumieć. Ciągle uczę się od młodzieży, mam nadzieje, że oni również nauczą się czegoś ode mnie.

 

 

 

 Wywiad przeprowadzony na potrzeby jubileuszowej gazetki szkolnej ZSP nr I w Dąbrowie Tarnowskie

Współautor: Ewelina Zielińska